Wyspa Phu Quoc- raj, gdzie pieprz rośnie

Wyspa Phu Quoc to największa wyspa Wietnamu, położona niedaleko Kambodży, w Zatoce Tajlandzkiej. Jej powierzchnia jest niewiele większa od powierzchni Warszawy i choć nie znajdziecie tam oczywiście wieżowców, ruchliwych skrzyżowań i wielu zabytków, przeżyjecie z pewnością prawdziwą tropikalną przygodę, do której będziecie nie raz tęsknić po powrocie do Polski!

A jak wyglądały nasze przygody na Wyspie Phu Quoc?

Wszystko zaczyna się od opóźnionego lotu z Sajgonu. Dziesiątki zniecierpliwionych rosyjskich turystów (miałam wrażenie, że cały samolot to nasi wschodni sąsiedzi!) czekają wraz z nami na płycie lotniska w Ho Chi Minh. Pilot, chcąc nadrobić stracony czas, dolatuje na miejsce w… połowie planowego czasu! Może normalnie jest pilotem odrzutowca i pomyliły mu się maszyny? W każdym razie lot trwa zaledwie 40 minut i jesteśmy na miejscu!

Na zewnątrz jest ciemno, więc szybko łapiemy Grab’a i ruszamy do hotelu.

Wyspa jest na tyle mała, że do miasteczka (wioski?) docieramy w ciągu kilku minut. Jednak do hotelu udaje nam się trafić dopiero godzinę później…

Małe autko skręca w kolejne ciemne, szutrowe dróżki. W prawo, w lewo, jeszcze raz w lewo.  Nie widać nic, poza pojedynczymi światełkami migającymi w oddali, gęstwiną zarośli i bezpańskimi psami biegnącymi poboczem. GPS zgubił się 15 minut temu, mimo że w teorii jesteśmy kilkaset metrów od celu. Kierowca pyta o drogę miejscowych. Nikt nie słyszał o naszym hotelu. W głowie rodzą się historie o oszukanych turystach i nieistniejących noclegach. W końcu pożyczam kierowcy mój telefon, aby po wietnamsku zapytał recepcjonistki, jak mamy tam dotrzeć. Udaje się!

Ale to nie koniec przygód. Hotel miał być kilometr od plaży, a my jechałyśmy od linii brzegowej godzinę! Co więcej, recepcję otacza jeziorko i kiedy jedna turystka przechodzi przez mostek, słychać głośny plusk wody i zaraz potem jej krzyk. Zostajemy same z recepcjonistką. Czy tu w ogóle ktoś jeszcze mieszka, nie ma jeszcze 22, a wokół słychać tylko szum wody i świerszcze! Wszystko jest na świeżym powietrzu. Nie ma żadnego hotelu, ale domki, mimo że pamiętałam ofertę z dwiema opcjami. Dostajemy na powitanie (i poprawę nastroju) drinka z mango, ale ja mam większą ochotę jedynie doczekać do rana i zmienić to podejrzane miejsce zamieszkania.

Zdenerwowana recepcjonistka zapewnia nas jednak, że o poranku wszystko wygląda tu inaczej i na pewno nam się spodoba!

Nasz domek na kolejne trzy dni wygląda niczym nowoczesna wersja chatki Robinsona Crusoe!

Po ścianie (wewnątrz) biega malutka jaszczurka, a biorąc prysznic można patrzeć się w gwiazdy, bo łazienka znajduje się pod gołym niebem… Co więcej, obok prysznica mieści nawet malutka plaża z rosnącym pośrodku drzewem marakui. Na dworze jest gorąco i wilgotno. Na szczęście, jak na nowoczesną wersję chatki z powieści, wnętrze wyposażone jest w klimatyzację i moskitierę. Mamy nawet taras ze stołem i kanapą! To tam próbujemy kolejnych nieznanych owoców i łączymy się z oddaloną o 11 000 km (?!) Polską. Internet wpasowuje się w wyspiarski klimat, czyli “jak nie dziś, to jutro”, powoli i z przerwami na liczne odpoczynki!

Zaraz przed domkiem pnie się różowa bungewilla i zaczynają się bujne zarośla jak w prawdziwej dżungli z dzikimi bananowcami. Wieczorem jest tam naprawdę głośno od wszelakich odgłosów natury! Pierwszy prysznic biorę więc udając, że nie słyszę nic innego prócz plusku wody (i wcale nie obawiam, że coś sfrunie mi zaraz na głowę), ale kolejne są już tylko przyjemniejsze!

Rano okazało się, że wszystkie słowa recepcjonistki były całkowitą prawdą, a my trafiłyśmy do prawdziwego raju!

Oglądając później inne ogromne i głośne hotele, niczym z europejskich kurortów (bo takich jest na wyspie większość!), jeszcze bardziej przyznawałyśmy jej rację, że tego miejsca nie da się nie pokochać.

Pierwszy dzień postanawiamy przeznaczyć na lenistwo na plaży! Dojeżdżamy tam melexem, który zgrabnie przemieszcza się szutrowymi dróżkami. Już nie dziwię się taksówkarzowi, że biedak po ciemku nie potrafił trafić. Zakrętów na tej wąziutkiej drodze jest co nie miara!

Na leżaku wytrzymuję może łącznie pół godziny, ale za to godzinę spędzam w wodzie, kupuję pysznego ananasa, soczyste mango i pierwsze wietnamskie marakuje, potem biegnę z nimi po gorącym piasku niczym po rozżarzonych węglach z powrotem na leżak, zbieram muszelki, przechadzam się plażą wzdłuż i wszerz, jedynie utwierdzając się w przekonaniu, że nasz kameralny zakątek z naturalnym baldachimem z palmowych liści, a nie kolorowymi parasolami i dudniącą muzyką, jest najlepszy i niepowtarzalny! Ach, dlaczego takie środy nie mogą zdarzać się częściej?

To był tak naprawdę jedyny dzień całego wyjazdu, jaki mogłyśmy przeznaczyć w całości na beztroskie lenistwo. Tyle, że my chyba nie umiemy nic nie robić… Dlatego już przed 17 jesteśmy w największym miasteczku wyspy.

17-sta to ważna godzina, bo wtedy zaczyna się nocny market! A jak wygląda azjatycki nocny market?

Nagle do życia budzą się wszystkie uliczne straganiki, garkuchnie i grille! Na wielkich ladach wykładane są przeróżne owoce morza! Uruchamiają się maszyny do wyciskania trzciny i miksowania owoców na koktajl. Zapalają się tysiące światełek, a pusta ulica w ciągu kilkunastu minut przemienia się w tętniący życiem deptak, pełen smakowitych zapachów i widoków!

Zanim jednak przepadamy na cały wieczór w tej kakofonii dźwięków i aromatów, podziwiamy piękny zachód słońca na molo. W oddali bujają się niespiesznie drewniane łódki miejscowych, kołyszą się strzeliste palmy, niebo pokrywa się morelowymi i różowymi smugami, a w powietrzu unosi się beztroski nastrój i wakacyjny spokój. A to wszystko w połowie lutego!

Wyspa Phu Quoc okazuje się dokładnie taka jak w słyszanych wcześniej opowieściach i moich wyobrażeniach.

Nocny market sprawił, że do hotelu wracamy dopiero po 22. Nasze brzuszki wypełniają wielkie krewetki, kalmary, sajgonki, sok z kokosa, jajeczne koszyczki z krewetkami, ryby, mięsne szaszłyczki… Oj, długo można wymieniać te pyszności! Do tego w worku ciążą wynegocjowane w dobrej cenie mango i liczi! W sam raz na wieczorną ucztę na tarasie naszej “robinsonowskiej” chatki.

A co można robić na Wyspie Phu Quoc poza opalaniem i jedzeniem morskich pyszności?

Wyspa Phu Quoc jest idealna do nauki jazdy skuterem! Na tyle mała i spokojna, by w dwa dni objechać ją dookoła, uwzględniając liczne i niespieszne przystanki w różnych ciekawych miejscach po drodze.

W ostatnich latach na wyspie powstały nowe drogi i stacje paliw, więc znika stres, że zaraz może się skończyć paliwo i nie będzie, gdzie uzupełnić baku. Zresztą nasz leciwy skuterowy rumak i tak miał popsuty wskaźnik paliwa, więc nigdy nie wiedziałyśmy, ile zapasu jeszcze mamy…

Główna część trasy biegnie szeroką dwupasmówką z małym zagęszczeniem ruchu. Większych miejscowości jest dosłownie kilka, my drugiego dnia odwiedziłyśmy dwie w środkowej i południowej części wyspy. Północ jest mniej zaludniona i jeszcze bardziej dzika. Można tam znaleźć zakątek z licznymi rozgwiazdami wyrzucanymi na brzeg, jeszcze więcej dzikich plaż i wodospady.

Nasza trasa obejmowała za to plantację pieprzu, fabrykę tradycyjnego sosu rybnego, pozostałości więzienia z czasów wojny wietnamskiej, rajską plażę Sao, portowe miasteczko na samym południu i “off road” w poszukiwaniu restauracji, który zakończył się gastronomicznym fiaskiem, ale za to odkryciem bezludnej i prześlicznej plaży!

Skuterowa wycieczka to jedna z naszych najlepszych wietnamskich przygód! Dostarczyła nam masę śmiechu i dała poczucie niezależności, że możemy dojechać wszędzie tam, gdzie nas poniesie wyobraźnia.

Do tej pory wspominamy uczucie wolności na pustej, szerokiej drodze w czasie zachodu słońca, przydrożny targ owocowy znany tylko miejscowym, słodki sok z trzciny dający orzeźwienie w portowym miasteczku, lokalną knajpkę, w której zatrzymałyśmy się na obiadokolację, rajską plażę Sao, gdzie zrobiłyśmy przerwę na kąpiel w morskich falach, spotkanie z radosnymi dziećmi, które przybijały z nami piątki oraz mnóstwo innych małych chwil, których nie doświadczyłybyśmy, leżąc bezczynnie na plaży.

Chyba już teraz rozumiecie, dlaczego wytrzymuję na leżaku nie więcej niż 15 minut! 😀

Podsumowując nasze przygody…

Po pierwsze zawsze zaczekajcie z oceną danego miejsca do rana! To uniwersalna zasada, która sprawdziła się już na wielu wyjazdach. Na przykład na Islandii, kiedy po dniu mgły i ulewy obudziło nas piękne słońce pośród zielonych wzgórz! W życiu bym nie powiedziała wieczorem, że tam jest coś więcej niż zalany kemping… Ale o Islandii innym razem.

Po drugie nie bójcie się próbować nowych rzeczy i nie zrażajcie się, kiedy od razu nie wychodzą! My skuterem też najpierw robiłyśmy przerywane szlaczki na szutrze w kształcie slalomu. Ale jak potem złapałyśmy wiatr w żagle (a bardziej włosy!), nabrałyśmy prędkości i pewności, to oddałyśmy go dopiero pod koniec dnia! Było przecudownie! A wycieczka skuterem na Phu Quoc to niezaprzeczalne “must do”.

A po trzecie… to życzę sobie i Wam, abyśmy w przyszłości odwiedzili niejedną tropikalną wyspę!

W kolejnym wpisie zostaniemy na Phu Quoc i opowiem Wam więcej o miejscach na naszej skuterowej trasie. Będą mapki, ceny, dokładniejszy opis naszego hotelu, samej wyspy i jeszcze więcej zdjęć!

A jeśli w międzyczasie chcecie zajrzeć do innych relacji z Wietnamu, zapraszam do tej zakładki: http://zyciewturkusie.pl/?cat=80

Wyspa Phu Quoc