12 miesięcy szczęścia, czyli podsumowanie 2018

2018 miał być tym szczęśliwym. Tym bez łez i dostosowywania się do poniesionych porażek. Okazał się jednak czymś więcej… Ale o tym opowiem wam w kolejnym wpisie. A na razie zapraszam na 12 zdjęć z roku pełnego spełnionych marzeń, dalekich podróży i nowego początku, którym nieustannie się zachwycam!

 

STYCZEŃ

W styczniu odliczałam dni do wyjazdu do Hiszpanii! Zaczęłam od prawie mroźnego Madrytu, pysznych churros i pokazu flamenco, później wietrznego, ale jak zawsze słonecznego Alicante, które widzicie na zdjęciu i na chwilkę wpadłam do ulubionej Altei, czyli raju bez wyjeżdżania z Europy. To tam kupiłam notes z hiszpańskim napisem: “Życie to podróż, nie wyścig”. A czasami także ucieczka do słońca. Przycupnięcie na pozłacanej jego promieniami alei. Zamknięcie oczu. Zawsze pomaga. Pomogło i wtedy!

LUTY

Luty był lokalny. Zmarzłam w czasie wycieczki za miasto jak nigdy dotąd. A jednak uwielbiam takie miejsca z duszą. Tu akurat kościółek z XV wieku. Kiedy odnajdywałam na ścianach kolejne malowidła ze zdjęć myślałam o ludziach, którzy przychodzili tu przed setkami lat. Teraz pakuję plecak i lecę na drugą półkulę. Co nie zobaczę na własne oczy, to poznam przez ekrany, gazety. Dla tamtych ludzi to te malunki były jedynym oknem na świat, msza sposobem na poszerzenie wiedzy, otwarcie szerzej oczu, rozciągnięcie umysłu, zetknięcie z innym światem. A teraz ja patrzę na te same malunki, żeby się od tego świata na chwilę odciąć, odpocząć od nadmiaru danych. Posłuchać ciszy, poczuć zapach drewnianej konstrukcji, przenieść się do uwiecznionej przeszłości, którą mogę sobie tylko wyobrazić.

MARZEC

21 dokładnie. Zakrojone na dużą skalę poszukiwanie wiosny! Pamiętam to jak dziś. To uczucie stania na progu zmian. “Bo za 2 miesiące od tej porze…”- mówicie tak czasami?

Ja potem zawsze dodaję: “A pamiętasz jak w marcu mówiliśmy o tym, co jest teraz?”

Wszędzie leżał śnieg, a ja na siłę szukałam oznak wiosennego przebudzenia. Znalazłam przy polnej drodze, skutej lodem. Zabrałam do domu. Wiązkę wierzbowych bazi. I promienie pierwszego wiosennego zachodu słońca.

KWIECIEŃ

Wiatr wiał na wszystkie strony, tylko nie w moje plecy…

Nie miałam obciążenia, a prosta droga i tak wydawała się koszmarem. Ale ja pedałowałam jak szalona. Chciałam coś komuś udowodnić. Że mogę, że wcale nie jestem słaba. Mijałam po drodze obcych ludzi, dzieci, które mówiły mi “Dzień dobry”. To było niesamowicie miłe. Potem machali mi kierowcy jakiegoś dostawczaka, jak z podwiniętymi rękawami w żółwim tempie wtaczałam się na drobne wzniesienie. I jeszcze pozdrowienie biegnącej dziewczyny. Ale najważniejsza była brzózka. Odwiedzam ją co kilka miesięcy. W sumie w rządku rosną trzy i nigdy nie pamiętam, która to jest ta “moja”, więc przytulam się do każdej po kolei.

Obiecałam jej, że wrócę kiedy spełnię moje marzenie. Zawsze jej coś szepcę i obiecuję. Tak jakbym naiwnie wierzyła, że jak już powiem brzózce to na pewno się spełni…

Na zdjęciu jest natomiast inne drzewo. Rośnie za pewną stodołą. W tamten dzień stałam się posiadaczką sekretu, że gdzieś przy tym drzewie jest zakopana skrzynia ze złotem.

Właśnie dlatego w tym miejscu czuję się znowu dzieckiem. I mogę być naiwna, beztroska, buszująca w zbożach rosnących na ziemi długo odpoczywającej…

 

dav

MAJ

Na rowerze jeździłam codziennie od kwietnia. Każdego dnia widziałam zmieniające się pola. W tym roku wszystko rosło i dojrzewało w zawrotnym tempie. Zupełnie takim, w jakim toczyło się wtedy moje życie. Kończyło się kilka dużych, ważnych spraw. Każda wymagała mnóstwa poświęcenia, zaangażowania, czasu.

 

Ale ja myślami byłam już w podróży. Tym bardziej, jak usłyszałam, że “the world is your oyster”. Siedzieliśmy w grupie 10 osób. Szybko padło polskie tłumaczenie, że “świat jest twoim mięczakiem”. Wybuchnęliśmy nieopanowanym śmiechem. Dopiero potem przyszła mi do głowy refleksja.

Zawsze traktuję poważnie takie zdania. Do tej pory zastanawiam się, czy ktoś z grupy tych osób, wziął sobie do serca ten zwrot tak samo mocno jak ja.

Oprócz tego maksymalnie wykorzystywałam cudowność długich dni. Przemierzałam pola i lasy nawet po dwudziestej. Światło było tak kojące, że spędzałam na dworze z aparatem każdą wolną, wieczorną chwilę.

Ach, zapomniałabym! Odwiedziłam Kraków. Pierwszy raz sama. I pierwszy raz rozmawiałam więcej po angielsku niż po polsku. Było cudownie, a do tego nawiązałam znajomość z przemiłą Turczynką Hazal. Udało nam się spotkać ponownie w Łodzi miesiąc później.

CZERWIEC

Czekałam na ten moment długo. A zanim czekałam, to uważałam takich ludzi z sakwami za wariatów, co lubią się naiwnie męczyć.

Pamiętam radość, kiedy odebrałam paczkę z żółtymi sakwami. Jak dojechałam na pierwszy nocleg bez ciepłej wody, pośrodku pól, w takiej ciszy, w jakiej jeszcze nigdy nie przebywałam.

Pamiętam poranne mgły przed balkonem w Ojcowie, leśne błota, górki, które zagryzałam kabanosami, te dziesiątki pytań o drogę, każde pozdrowienie “powodzenia” i “uważajcie na siebie”.

Gdybym teraz widziała naszą drogę, te wszystkie leśne ostępy, końce miejscowości, które prowadziły w nieznane, rozjeżdżone trakty rozmywane deszczem, “wychrępane” pobocza na drogach wojewódzkich, stacje benzynowe pośrodku niczego to pewnie bardziej bym się bała, ale pojechała jeszcze raz. I jeszcze raz. A potem kolejny.

To wszystko nie udałoby się bez jednej najbardziej bratniej duszy, jaką do tej pory spotkałam. Dziękuję.

Jak chcecie zajrzeć do wpisów z Jury i poznać jej ciekawostki to kliknijcie tutaj!

Oprócz tego w czerwcu zrealizowałam blogowe postanowienie. Życie w turkusie przeniosło się na WordPressa, stało się bardziej niezależne, profesjonalne, choć nadal jeszcze nie wygląda tak, jak marzę. Ale brak czasu i jakichkolwiek umiejętności informatycznych na razie każe mi pozostać na tym stanie rzeczy.

LIPIEC

Ruszyło. Nasze auto w stronę Karkonoszy! Tak zaczyna się wpis w moim pamiętniku. Ale tak naprawdę nie miałam na myśli tylko auta.

Moje życie zmieniło się wtedy dokładnie o tyle stopni, o ilu marzyłam. Chociaż nie, nie marzyłam o aż tylu. To, co się wydarzyło przerosło moje wszystkie najśmielsze oczekiwania i najbardziej nieśmiałe pragnienia. To był z całą pewnością początek najlepszego okresu w całym moim dotychczasowym życiu. Jeśli miałam w głowie jakikolwiek plan na najlepsze wakacje życia to te były jeszcze 1000 razy piękniejsze.

Ale wiecie co było takie “naj, naj”? Uczucie, że moje marzenia spełniają się z moim udziałem. Jeśli jeszcze nie doświadczyliście szczęścia, które wypełnia każdy mm3 waszego ciała, to ja wam go życzę z całego serca w Nowym Roku!

A zdjęcie? No cóż… To widok z mojego leżaczka. Widok na Krainę Wygasłych Wulkanów, którą kocham nad życie. I mogę się na nią patrzeć godzinami, jak niektórzy na rybki w akwarium. Albo jak znacie obrazki takiego zahipnotyzowanego kota. To ja jestem właśnie tym mruczkiem.

SIERPIEŃ

Nie, nie, moje życie postanowiło pójść w 2018 na całość, więc w sierpniu nie mogło tak nagle zgasnąć. Ono się w lipcu dopiero rozkręcało. A potem wjechałam na 86 piętro Empire State Building i rozbłysło już całkowicie, a ja stałam się jeszcze bardziej zahipnotyzowanym kotem. I żadne zdjęcie ani relacja nie odda tego stanu. I choć ja jestem z teamu “natura i przyroda” to Nowy Jork nocą mnie rozłożył na łopatki. Po prostu nie spodziewałam się, że rozświetlone miasto tak oklepane, bo widziane na tylu okładkach, banerach, reklamach może na żywo zachwycić tak bardzo.

Siedziałam na tym tarasie chyba ze 3 godziny. Doczekałam się nawet momentu z pustą barierką. To już totalna magia przy takich tłumach w środku sezonu.

Nowy Jorku, cóż mam ci powiedzieć… Dziękuję, że pojawiłeś się w 2018. I mam nadzieję, że pojawisz się w jeszcze jakiś 202…! Bo jesteś całkowicie uzależniającym miejscem, do którego teraz wracam poprzez setki różnych wspomnień.

Zakładka z postami o NY wiąż się rozwija, więc polecam zaglądać tutaj!

12 fotografii 2018

WRZESIEŃ

Wrzesień to moje pożegnanie z przeszłością i gorączkowe przygotowania na “nowe”. Wiedziałam, że w nim nie będzie już codziennego powiewu polnego wiatru, moich prywatnych zachodów słońca na jakiś pustkowiach, pobijania kolejnych rekordów kilometrów i prędkości, niespiesznych śniadań na dworze z książką, wieczornych rozmów przy świeczkach za domem…

PAŹDZIERNIK

Okazało się jednak, że zamiast prywatnych zachodów będę miała prywatne wschody słońca nad Odrą. I rower, który razem ze mną wkroczy w “nowe”. Odkryliśmy już razem całkiem dużo znanych zakątków i tych nieco zakazanych… I mamy ochotę na więcej, tylko zima musi się oddalić znad nadodrzańskich brzegów.

W ogóle ten październik był taki… beztroski. Wszystko nowe, świeże, takie nieco jak w podróży. Moje klimaty “nieznanego”!

12 miesięcy szczęścia

LISTOPAD

Listopad wcale nie był taki szary jak się spodziewałam. Wcale nie dopadła mnie jesienna chandra. Wręcz przeciwnie! Moją rutynową czynnością w ciągu każdego dnia stał się śmiech. Dziękuję wszystkim, którzy towarzyszyli i towarzyszą mi w tej rutynie! Zawsze planowałam się dużo śmiać, ale żeby robić to przez 80% czasu?! Tak to ja mogę mieć listopad cały czas!

No ale żeby nie było, 20 pozostałych procent to tylko tylko nauka, nauka i nauka! Więc zaczęło mnie nosić, ciągnąć w podróż. W końcu poszłam na dworzec kolejowy, poczułam ciepło w sercu i kupiłam bilet!

GRUDZIEŃ

Grudniu… I co ja mam z tobą zrobić, co? Zaskoczyłeś mnie! Zaprowadziłeś mnie z tym kupionym biletem do Łodzi… I to jeszcze na “zakazany” dach, na którym jadłam pyszne pączki z duszą wspomnianą w czerwcu… Pięknie było, choć mrooooźno!  A potem Łódź zaprowadziłeś nad Odrę… A potem mnie do samej siebie. I tu chyba zostanę na 2019.

Mam nadzieję, że równie bogaty w przygody, spełnione marzenia i momenty szczęścia! Choć ja nie wiem czy po tej kumulacji szczęśliwości w 2018 to mogę wymagać czegoś jeszcze! Na razie czuję tylko wdzięczność.

A jaki był twój 2018? Mam nadzieję, że równie udany. A nawet jeśli nie taki jak chciałeś/aś to pamiętaj, że nawet mimo naszych planów, życie i tak lubi zaskakiwać. I nawet nie wiemy kiedy, a znów przyjdzie nam się odnaleźć w nowej sytuacji. Może tym razem lepszej i szczęśliwszej?